jazzowo mi.
brakuje tylko smrodu tanich cygar (w dusznym, ciemnym barze).
widoku panów w średnim wieku, zmęczonych życiem rodzinnym, którzy przychodzą tu żeby wypić, wypalić i od czasu do czasu dać jakiejś paniusi klapsa w tyłek.
kobiet o czerwonych ustach, które są gotowe zrobić wszystko, jeśli ty jesteś gotowy zapłacić.
grupy podpitych, grubych bankierów, siedzących przy stoliku kolo okna i rżnących w karty całe wieczory, przegrywając przy tym nieprzyzwoitą forsę (często ponad swoje możliwości).
bezdomnego, kościstego kota, żebrzącego o resztki nędznego, barowego żarcia.
i bezbożnego casanovy, uwodzącego panienkę na zapleczu kuchennym. (jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze!)
a kiedy zamykam oczy pada deszcz. jest chłodny październikowy wieczór. latarnie świecą bladożółtym światłem.
parkiem idzie samotny mężczyzna w wytartym, szarobeżowym płaszczu i starym, wyblakłym kapeluszu.
silne dłonie wsunął do kieszeni.
mówi do siebie i śmieje się na głos. co jakiś czas odrzuca głowę do tyłu i łapie słodkie krople jesiennego deszczu w usta.
wygląda zabawnie, choć wielu by powiedziało, że oszalał.
ten dorosły mężczyzna dopiero nocą ma odwagę żyć tak jak lubi.
on jest ponad to.
_
zmysłowe brzmienie saksofonu porusza moją wyobraźnię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz