jakiś głos w telewizorze próbuje mi wmówić, że śniegu tyle, co nigdy i zimno, że aż ptaki w locie zamarzają. (ktoś nawet widział, zaklina się na życie matki i ojca, że wróbel spadł z nieba zamarznięty na kość) w kolanie woda, a w kostach cukier - usta o smaku kawy, co rano zapachem przypomina, że trzeba wstać, bo już dzwonią w kościołach na zbawienie świata. tere fere! świat zbawi się sam, kościół nie pomoże, ani dzwony ani nawet anioł pański. tylko my możemy. więc, póki nikt nie patrzy, zamieńmy tak dla zabawy kartki w kalendarzu, żeby życie działo się od końca do początku. czas stanąć na głowie, mój miły.
a oni wskazali już palcem, już rzucili kamień i parsknęli śmiechem odchodząc. bo ona w białych majteczkach i na bosaka biega po śniegu za parasolem - dla odmiany czarnym - który odfrunął i skacze po chmurach - to tu to tam.
bardziejemy malejąc. a mi się od tego już kichać chce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz