środa, 7 marca 2012

już teraz słońce, a niedługo jeszcze drzewa i trawa. i to niebo, ach właśnie, niebo. i sok marchewkowy gdzieś na moście, w drodze do 'tam', byle się nie minąć. byle poczuć i nie chcieć wiedzieć więcej. bo ptak na parapecie usiadł, całkiem świeży, prosto ze skorupki. i śpiewa smutno - mamo, mamo...
nadchodzi wielkie, roześmiane abrakadabra, jak oczy dawnej, piętnastoletniej, zakochanej w nim.
a potem wiatr i deszcz, co z tego. dziurawe spodnie w kroku i grube kolana. nie uklęknę, boże.

(przemyj oczy po zimie, dziecko. obudź się, śpiochu. pogub rękawiczki. celowo, jak tamta, po pijaku, nie swoje, bo jego, ale chciała. i zrobiła, co trzeba, by przeżyć. by zacząć ten rok od czegoś innego)

wszystko lepiej widać po zimie, koty się marcują lub dopiero zaczną. och, jak mi spieszno do nicnierobienia, do niemówienia i niemartwienia.
bo widzę duszą życie, które będzie.

a potem może na pomost. wynajmijmy łódkę, miły. znajdę biały parasol, ubiorę sukienkę i słomkowy kapelusz. a ty możesz być w okularach z czarną szybką, co to chronią oczy, że widzisz, jak w nocy. i kamizelkę zieloną do niebieskich dżinsów i trampków na rzepy. koniecznie papieros, bo tak cudownie skraca nam życie, a wydłuża moment ten do nieskończoności, która kres swój ma tuż przy samym filtrze. i będę czytać książkę na głos.
chcę nieco wymieszać epoki.

bo tu na ziemi, na głównym rynku i w szarych uliczkach, łatwiej wejść w fekalia, niż w wyjątkową młodość. za dużo w nas codzienności.

Brak komentarzy: