oślepiające światło. klakson. pisk opon. patrz jak chodzisz, idiotko!
i, jak zwykle, niczyja to wina. zgon nastąpił jakiegoś dnia, o porze przewidzianej wcześniej przez tego, którego przecież nie ma i nie ma.
teraz ulica jest pusta i cicha. jakieś niebo, jakiś chodnik, jakieś budynki. kto dzisiaj, patrząc, widzi to wszystko.
a to tak niewiele, że mieści się pod paznokciem czasu. a tego jest tak wiele, więc ktoś upchnął to pod dywan i zniknęło.
niewygodny problem istnienia, egzystencja mrówki.
cisza nie do zniesienia. echo niesie moje kroki wzdłuż całego miasta. a ja sobie nie życzę. jestem tylko tu (nie mylić z teraz) i nie chcę być tam lub ówdzie.
w piwnicy stary dziad, bez jednego zęba, przekopuje się przez tony węgla w poszukiwaniu diamentu, co by wystarczył na złe i na gorsze. ale nie znajdzie - babka zabrała na pierścionek dla wnuczki.
(wnuczka, w niejasnych okolicznościach, go zgubiła i wróciła do domu napruta, jak szpadel. dziwne.)
nienamacalne symbole, eteryczne wizje, chwile bez przyszłości, bo się kończą w sekundę. i nie wrócą.
mam dosyć szarości.
jestem głodna, jak wilk. jedzenie nie ma smaku jako takiego, choćby znośnego, choćby do przeżycia.
dopraw mi, proszę, zupę namiętnością. do herbaty wrzuć ze trzy kostki uśmiechu. możesz też chleb upiec, byłabym wdzięczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz