niedziela, 20 maja 2012

och, jakże cudownie nie świeci mi ten bajkowy księżyc na zielono.
matka nauczała, by żółć mieszać z niebieskim, jak pawie pióro na gęsim kuprze.
a trawa zakwitnie soczyście. i liście na papierze ociekać będą rosą - nawet po dzienniku.
(co to ma do czegokolwiek)
          a ta rana, na kolanie wytarta, się nie goi i nie goi.
nie zaboli mnie już więcej - przykleiłam plaster z majowego bzu, który mnie uczula,
rozczula,
znieczula.
bezwonność zmysłowego kwiatu, barwi moje ciało zapachami wiosny.

trwam w niezapachu pod znakiem zapytania. bo obecność to za mało. 
rzeka płynie koronkowym wzorem, a deszcz, co nie pada, pruje jej spokojny rytm na małe niteczki.

oczy się nie wysypiają tak poukładanie, że grzech zauważyć wiórek, drzazgę, belkę, drzewo. tylko siny uśmiech pamięta wszystko.
pod oknami noc mi błyska, a nad domem dzień jaśnieje, malując tęczę bez koloru.
szaro-buro. cicho-sza.

ale, będę czekać nieopodal gniazd bocianich. obiecuję.
tylko jeszcze nie wiem, na co. i nie wiem, kto dokładnie mnie tam znajdzie, żeby zabrać
do domu.
do domu.