wtorek, 17 lipca 2012

dobrze znoszę podróże. zwłaszcza te dalekie.
w obcych wagonach, z milczącymi ludźmi, których nie znam. i nie poznam.
nie stać mnie na obowiązek czucia. na obowiązek chęci. obowiązek bycia w ich myślach. choćby na minimetr lub jego połowę.
bo na co i po co. drogo. tutaj milczy się taniej.
ach, to tylko (ale nie aż) współpodróżnicy. trzygodzinni obywatele tego samego świata.
i łączy nas ten szum zza brudnego okna. nic więcej.

panie i panowie, chłopcy, dziewczęta, płaczący bobas, dwie małe ręce, jeden duży nos.
batonik z czekoladą, słuchawki w uszach, kilka książek - znikną bez pamięci
i tak bardzo bez żalu.
gdy popękają kwadraty pociągu, by wyrzucić nas na peron w krainie krasnoludków, popędzimy
popędzimy, jak najdalej
najdalej od siebie nawzajem.
bez wzajemności.

to dobra i właściwa kolej losu
trzygodzinnych podróżników do lepszego życia.

Brak komentarzy: