szarość miasta schowała się pod śniegiem.
a to tylko gruba warstwa zamarzniętej wody. mam wrażenie, że pływam. nie tonę, spokojnie. i nie, nie potrzebuję czapki ani szalika. ciepło mi. nie martw się, śpij spokojnie.
nie wiem, co się stało - ale się stało. po prostu. i nagle (znowu) wszystko jest inne.
a może mi się zdaje, bo to przecież wciąż za wcześnie?
usta pachną mentolowym dymem. niecałowane przez nikogo - nie straciły koloru. nie zmieniły kształtu.
i potrafią mówić, nawet śpiewać (choć to dyskusyjne)
uśmiechają się także - w ten sam, co zawsze sposób. przygryzane w zamyśleniu, oblizywane ze smakiem.
ot, usta jak zwykle. zwykłe, zwyczajne. moje.
dłonie nietrzymane przez nikogo - nie straciły funkcji dłoni. palce sprawne - pamiętają gesty. wiedzą jak trzymać widelec, jak szklankę. odgarniają włosy z twarzy, poprawiają okulary.
nawet drapią po kostkach z takim samym zaangażowaniem. (bo im wolno!)
piersi niecałowane - nie zmieniły się wcale. niewielkie, gładkie. pośrodku każdej stercząca radośnie brodawka. (niessana przez nikogo)
wciąż podskakują w tańcu, wciąż przyciągają spojrzenia.
wszystko tak jak było - jest.
tylko skóry nie poznaję. jest nie moja.
nazbyt miękka, ciut zbyt gładka. plamek tyle co nic. i aż chce się patrzeć.
ta skóra niedopieszczona - chyba łasi się do świata. no bo niby co innego.
próbuje uwodzić niezdarnie - jakichś mężczyzn, jakieś dłonie. może nawet czyjeś usta.
no ale - co ja mogę, skóro.
(ciało ciałem - najmniej ważne, a krzyczy najgłośniej.
i gardło chce się śmiać, gdy zdrętwieją nogi.)
idź spać, ciało. pamiętam, że żyjesz.
i nie myśl sobie, że nie wiem. bo wiem. i rozumiem.
i widzę, że pragniesz.
bo poznaję ten ruch bioder. ten gest dłoni, to spojrzenie. usta niecierpliwe.
i wszystko takie pełne omdlewającej wiotkości. wszystko pełne kobiecej potrzeby.
chcesz wzlecieć i opaść lekko w męski zapach i siłę ramion.
ale jeszcze jest za wcześnie.
to nie czas na to i nie pora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz