czwartek, 7 lipca 2011

nie skoczę.

wczoraj w nocy znów coś grało za oknem.
na samym dole mojego świata.
usiadłam na parapecie
i jak zwykle nogi zwiesiłam na zewnątrz. słuchałam.

(to musi zabawnie wyglądać - pomyślałam -
jakbym chciała skakać)

oddychałam głęboko dymem z papierosa.
niebo pełne chmur szumiało.
wsłuchiwałam się w głosy pode mną i nade mną
czujnie omijając te we mnie.

(gdzieś tam jest bóg - pomyślałam -
on chyba też sądzi, że skaczę)

wychyliłam się do przodu dla zabawy.
przyszło mi do głowy, że zobaczę muzykę.
że nuty gdzieś tam stoją i pękają z dumy,
że wzbudziły moją ciekawość.

(gdyby mnie mama zobaczyła - pomyślałam -
przestraszyłaby się, że chcę skakać)

na dole w uliczce stał człowiek milcząc.
nasycony alkoholem. jego świat wirował, jestem pewna.
nie spojrzał w górę.
machałam nogami. nuty schowały się za rogiem.

(ciekawe, co by zrobił ten człowiek - pomyślałam -
gdybym faktycznie chciała skakać)

podniosłam oczy do góry. zrobiło się chłodno.
wyrzuciłam niedopałek na ulicę.
wiatr przepędził mnie z parapetu.
zamknęłam okno.

(nie ma mowy, że skoczę - pomyślałam -
mogłabym nie wytrzymać kolejnego upadku)

Brak komentarzy: