drogi odbiorco,
podobno pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze, pozwól więc, że wstęp pominę.
nie zapytam, czy dobrze ci się żyje, jak ci minął dzień, ani o to, co masz na myśli, gdy stawiasz wielokropek na końcu zdania. nie myśl, że mnie to nie interesuje, gdyż jest dokładnie przeciwnie. nie spodziewam się jednak otrzymać odpowiedzi na ten list. nie będę stała w oknie wypatrując listonosza i paląc papierosa za papierosem z nerwów oczekiwania. zakładam, że jeśli nie zadam ci żadnych pytań, ty nie będziesz czuł się w obowiązku, aby odpisać. nie musisz mi dziękować.
zapewne zastanawiasz się, co jest powodem tego listu. otóż chcę ci powiedzieć, że wyjeżdżam. sama. nie wiem dokąd i na jak długo. może wrócę jutro, a może za tydzień. możliwe jest także, że, gdy tylko dotrę na dworzec, zdam sobie sprawę, że tak naprawdę nigdzie jechać nie chcę i wrócę do domu.
cel mojej wyprawy jest bardzo prosty. chwilowa (jakże egoistyczna) nieobecność pomoże mi zrozumieć siebie. ta myśl przyszła mi do głowy niespodziewanie, stąd tak nagły wyjazd.
zabrakło mi weny do życia i muszę ją odnaleźć. na własne życzenie dałam się zamknąć w egzystencjalnej klatce, gdzie każdy dzień wygląda tak samo. cholernie ciasna jest ta klatka. (zdążyłam ją już pokochać i znienawidzić jednocześnie). jako że nie mogę sobie dłużej pozwalać na bierność, i mimo wielkich obaw, uciekam.
jestem ptakiem, drogi odbiorco, mam skrzydła i kolorowe piórka. to mój jedyny majątek. a skrzydła teraz się gniotą, piórka szarzeją, ten smutny widok przyprawia mnie o senność. zaczęłam się obawiać, że prześpię całą zimę, cały rok, ba! całe życie. i wtedy przypomniałam sobie, jak bardzo kocham wiatr, jaką radość mi sprawia latanie.
czasami od machania skrzydłami, ze zmęczenia, bolało mnie całe ciało. wtedy płakałam, a chmury wściekały się na mnie, że odbieram im ich pracę - tworzenie deszczu.
wiem, że będę cierpieć w tej podróży, ale jestem na to gotowa. pragnę się zmęczyć i zapłakać z bólu.
nie myśl sobie, że odchodzę na zawsze i że zapomniałam lub chcę zapomnieć. nie. muszę zniknąć na chwilę, by potem móc z radością w oczach wrócić. chcę uwolnić duszę od ciężaru codzienności. prawie nie pamiętam już, co to jest, o co walczę. nadeszła najwyższa pora, aby to sobie przypomnieć.
nie miej żalu do mnie, nie złość się i nie przeklinaj. (choć i tak wolałabym to, niż surową obojętność i beznamiętne 'szerokiej drogi'.).
pamiętaj, że tam, dokąd się wybieram jest kod pocztowy, bank i ulica. tam, dokąd się wybieram żyją ludzie. tam, dokąd się wybieram jest zasięg w telefonie i muzyka płynie z okien... wiem, że to właśnie tam znajdę zagubioną wenę. wtedy dopiero będę mogła wrócić. (liczę, że odbierzesz mnie z dworca.). przywitam cię pocałunkiem w policzek, radosna, jak morze. i opowiem ci, że tam, gdzie byłam, był kod pocztowy, bank i ulica. tam, gdzie byłam żyli ludzie. tam, gdzie byłam, był zasięg w telefonie i muzyka płynęła z okien... (nawet narysuję ulicę, zanucę muzykę, opiszę ludzi.). jestem niemal pewna, że rzucę kącikiem uśmiechu nieśmiałe 'tęskniłam', nie wspominając słowem o tym, dlaczego nie mogłam wrócić wcześniej.
a ty, odbiorco, być może mnie przytulisz na przywitanie, szczerze zadowolony na mój widok. i opowiesz mi cudownie prostymi słowami o domu i życiu. zaśpiewasz doskonale już znaną piosenkę. a potem pójdziemy wzdłuż ulicy zwyczajnej, jak chleb. (a może się mylę.).
przyszła pora, by kończyć list, bo czas ponagla bezlitośnie. konduktor czeka, walizki się kurzą, wypchane po brzegi, że ciężko mi je domknąć. nie wyślę ci pocztówki z pozdrowieniami, przepraszam.
jeśli zatęsknisz, zadzwoń.
z wyrazami szacunku,
nadawca
ps. ukryłam w tych słowach ślad ust i odcisk dłoni. zapachu nie, bo nie potrafię. jednak, mimo to, jest tu mnie wystarczająco, by, w razie czego, nasycić głód i nieco się ogrzać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz